Save the date! Od 3 do 9 września 2018 roku odbędzie się w Lublinie kolejny, już dziesiąty, Europejski Festiwal Smaku. Tematem przewodnim jest dwudziestolecie międzywojenne.

Kulinarnych festiwali jest mnóstwo, ale Lublin jest szczególny. To nie tylko wielka impreza prezentująca lokalne smaki – lubelski festiwal od samego początku osadził kulinaria w kulturze i historii regionu. Tu równie ważna jest muzyka, sztuka, salony literackie, koncerty czy fotografia.

Dla Mikołaja Reja – poety, rozrabiaki i… serowara

Pomysłodawcą festiwalu jest Waldemar Sulisz. – Nie wymyśliłem tego 10 lat temu, tylko o wiele, wiele dawniej. Wiesz, sporo podróżowałem po Europie i bardzo podobały mi się te „Taste of…”, takie mniejsze lub większe kulinarne jarmarki za granicą. Wtedy jeszcze w Polsce nikt o tym nie myślał. Więc ja uznałem, że można zorganizować takie jedno-, dwudniowe eventy opowiadające o historii miasta i regionu przez pryzmat jakiejś historycznej ważnej postaci i jej ukochanych smaków. Byłem studentem prof. Ireny Sławińskiej na KUL-u, znanej polskiej teatrolog, historyka i teoretyka literatury. I ona zawsze mówiła, że kuchnia to integralna część kultury każdego narodu. Więc najpierw urządziłem taką dwudniową imprezę z okazji urodzin Brunona Schulza. Bo choć on był z Drohobycza koło Lwowa, to właśnie u nas, w Lublinie cieszy się ogromnym poważaniem, do dziś jest niezmiernie popularnym pisarzem. Połączyliśmy wtedy muzykę i teatr z prezentacją kuchni drohobyckiej. Wypaliło.

W tym mniej więcej czasie postanowiłem założyć Kresową Akademię Smaku, na wzór wcześniej istniejącej Galicyjskiej, której członkami są m.in. Robert Makłowicz i wybitny kompozytor Jan Kanty Pawluśkiewicz. Zaprosiłem ich do Lublina na owe urodziny Schulza i wówczas powstała Akademia Kresowa, jeszcze samozwańcza, bez statutu. Obu krakowskim gościom przyznaliśmy członkostwo honorowe. Postanowiliśmy sobie, że będziemy badać smaki, bywać w restauracjach, podróżować, jeść dobre rzeczy, pić dobre wino. Tak to się zaczęło. To była dla mnie świetna odskocznia od seminarium doktoranckiego, któremu wówczas poświęcałem mnóstwo czasu. Wtedy też wymyśliłem turniej nalewek, który jest w programie naszego festiwalu do dziś.

Spotkanie w następnym roku zadedykowali Mikołajowi Rejowi, który był po trosze ziomalem, bo miał dobra w położonej niedaleko od Lublina Siennicy Różanej. A poza tym był smakoszem i, o czym nie każdy wie, jednym z pierwszych polskich serowarów: sprowadził sobie wołoskich pasterzy, którzy wyrabiali dla niego bundz. – W dodatku to ciekawa postać, rozrabiaka, który uwielbiał robić zajazdy na sąsiadów, był niezwykle barwny – opowiada Sulisz. – To spotkanie poświęcone Rejowi odbyło się w podziemiach Trybunału Królewskiego, który za jego czasów był karczmą. Zaprosiłem do współpracy słynny, dziś już nieistniejący, Teatr Wizji i Ruchu; jego założyciel, Jurek Leszczyński, wcielił się wtedy w rolę poety.

Z Europą w nazwie

O lubelskich spotkaniach kulturalno-kulinarnych zaczęło być głośno, a to za sprawą duetu Makłowicz-Bikont, którzy opisywali w prasie „lubelski ferment spożywczy”. Sulisz postanowił, że najwyższy czas zorganizować festiwal z prawdziwego zdarzenia. Trochę z tym czekał, więc nie był pierwszy – wyprzedziły go Gruczno w Dolinie Dolnej Wisły z Festiwalem Smaku oraz Poznań z Ogólnopolskim Festiwalem Dobrego Smaku. Ale widział potencjał swojego Lublina, wiedział, czym się odróżnić od tamtych dwóch festiwali, które powstały wcześniej. Dziesięć lat temu, w gabinecie ówczesnego dyrektora lubelskiego zamku odbyło się spotkanie z wiceprezydentem do spraw kultury, Włodzimierzem Wysockim i niezwykle operatywnym Piotrem Franaszkiem, wówczas dyrektorem Departamentu Promocji i Turystyki Urzędu Marszałkowskiego; był też Krzysztof Wiejak, redaktor naczelny Dziennika Wschodniego. Projekt się spodobał, pieniądze – raczej niewielkie, ale jednak – zostały obiecane. – Postawiliśmy scenę na Placu po Farze. To niewidzialny Lublin, miejsce magiczne, mnie ono fascynuje. Czemu niewidzialny? Na tym placu stała kiedyś gotycka fara pod wezwaniem św. Michała Archanioła, rozebrano ją w latach 1846-1852. Dziś nie ma po niej śladu, choć mieszkańcy wierzą, że archanioł wciąż sobie tam lata, słyszą nawet szum jego skrzydeł. Scena, na której zorganizowaliśmy koncert Stanisława Sojki, była na obrysach prezbiterium. Wyobraź sobie coś takiego: Sojka z tą swoją elektryczną Yamahą gra dla 4000 ludzi, deszcz leje jak z cebra, a ludzie bez ruchu stoją i słuchają „Hymnu o miłości” świętego Pawła… Sojka powiedział wtedy, że nigdy czegoś takiego nie czuł. I że zobaczył ten nieistniejący kościół.

Na początku impreza miała się nazywać Festiwal Smaku, po prostu. Ale w tym czasie Lublin starał się o miano Europejskiej Stolicy Kultury. Prezydent miasta zasugerował więc, żeby Europa się w nazwie znalazła. – I to akurat ładnie pasowało – mówi Sulisz – Wszak do dziś w Lublinie żyją ludzie rozmaitych narodowości, Żydzi i Niemcy, Grecy, Węgrzy i Ormianie. Miedzy innymi dlatego zdecydowaliśmy, że nasz jarmark kulinarny będzie prezentować nie tylko lokalną żywność, ale i smaki innych krajów, choćby mojej ukochanej Gruzji czy Armenii.

Pierogi z duszoj znad Buga

Organizatorzy lubelskiego festiwalu rozpoczęli też współpracę z Pawłem Potoroczynem, ówczesnym dyrektorem Instytutu Adama Mickiewicza w Warszawie. – To właśnie Paweł dał mi do ręki żelazny argument, który zawsze działał na trudnych spotkaniach z Urzędem Marszałkowskim czy Urzędem Miasta – zdradza Sulisz – Powiedział, że kuchnia jest częścią kultury, a obie – częścią gospodarki, która z kolei jest podstawą istnienia i dobrobytu regionu. To właśnie powtarzałem potem na każdym spotkaniu – że w ciągu paru lat będziemy w stanie wypromować region poprzez smak, w którym zaklęte są informacje o ziemi, o tożsamości, o ludziach i emocjach. W tym czasie lubelskie jako pierwsze polskie województwo zbudowało swoją markę w oparciu o promocję kuchni. A wszystko dzięki zgodnemu współdziałaniu Urzędu Marszałkowskiego i Urzędu Miasta oraz wielu pojedynczych ludzi, którzy razem pracowali na sukces.

Dziś Lublin kojarzy się z licznymi imprezami kulturalnymi. Do najbardziej znanych w świecie ludzi kultury należą muzyczne Inne Brzmienia, Carnaval Sztukmistrzów (festiwal sztuki nowego cyrku i teatrów), Jarmark Jagielloński promujący sztukę ludową oraz Noc Kultury. Europejski Festiwal Smaku świetnie się w to wpisuje, zamyka sezon. – Co ciekawe, nasz Urząd Marszałkowski organizuje także liczne inne imprezy kulinarne w regionie, typu Smaki Lubelszczyzny, prezentacje kół gospodyń wiejskich, festiwale kaszy czy pierogów. Ktoś pomyślałby, że się z nimi kanibalizujemy. Ależ skąd! My się nawzajem wspieramy, wspólnie staramy się pokazać lubelskie nie tylko w Polsce, ale i na świecie – zapewnia Sulisz. – Sam staram się odkrywać i potem szeroko prezentować ciekawe smaki, na przykład pędy młodego chmielu, które są bardzo smaczne, ale poza naszym regionem niewielu do tej pory wiedziało, że to można jeść. Pokazujemy też interesujące miejsca w naszym regionie, choćby takie jak malutkie wsie nad Bugiem, w których wciąż mówi się jeszcze językiem chachłackim, i w których kuchnia jest niezwykła. Np. w Korolówce robi się „pierogi z duszoj”, trochę podobne do tatarskich pierekaczewników. Czemu z duszoj? No bo farsz to dusza pieroga!

Zresztą – co roku na kolejnych festiwalach pojawiają się nowe i ciekawe smaki. Podczas ubiegłorocznego konkursu na Najlepszy Smak Lubelszczyzny jury musiało ocenić ponad 100 produktów. Ale lubelskie ma tez swoje wypróbowane highlighty: to gryka, ryby z gospodarstwa Pstrąg Pustelnia, wieprzowina ze świni puławskiej (rasa zrekonstruowana w miejscowości Gołąb), gęsi biłgorajskie czy jagnięcina z owiec rasy uhruska. Na tych produktach pracują podczas konkursów i pokazów kulinarnych zaproszeni szefowie kuchni z kraju (dwa lata temu był np. Andrea Camastra z Senses w Warszawie) czy zagranicy (w ubiegłym roku Stefan Unterkirchner z restauracji Traubenwirt w Bressanone). To owocuje potem informacją o lubelskich smakach, która idzie w świat. Organizatorzy zapraszają nie tylko znanych kucharzy, także młodych ludzi, laureatów popularnych show kulinarnych, oraz polskich i zagranicznych dziennikarzy – w ubiegłym roku odwiedził festiwal profesor Fabio Parasecoli z „Huffington Post”, wykładowca Nauk Gastronomicznych na Uniwersytecie w Pollenzo. W tym roku zaproszenie przyjęła Zuza Zak z „The Independent”, autorka książki Polska. New Polish Cooking.

Raut Piłsudskiego i rozpustna uczta pisarzy

W tym roku festiwal jest dedykowany dwudziestoleciu międzywojennemu. Dlatego planowana jest rekonstrukcja słynnej uczty Józefa Czechowicza, Wacława Gralewskiego i Bolesława Leśmiana, które to spotkanie odbyło się przed drugą wojną światową w Zamościu, w restauracji Centralka; panowie zjedli wówczas 11 dań. Podczas tegorocznego Festiwalu tamte smaki postara się odtworzyć restauracja Zaczarowana Dorożka w Lublinie. Druga uczta, znacznie większa, na jakieś 100 osób, będzie nawiązywała do rautu w hotelu Janina wydanego na cześć Józefa Piłsudskiego, przy okazji odwiedzin marszałka w Lublinie. Rekonstrukcji rautu podjęła się ekipa 7 najlepszych lubelskich kucharzy pod wodzą Jeana Bosa – przyjmie on formę obiadu wydanego przez prezydenta Lublina i rektora KUL-u.

Dla tych, którzy średnio lubią wystawne klimaty, będą kuchnie i piekarniki polowe, a w nich dania kuchni ułańskiej, których odtwarzanie jest pasją zaproszonego przez organizatorów Leszka Kawy, krakowskiego restauratora i kucharza .

A oprócz tego, jak zwykle, trzy konkursy: „Good Chef”, „Najlepszy Smak Lubelszczyzny” oraz turniej nalewek, nazwany na cześć tragicznie zmarłego Piotra Bikonta „Nalewkami dla Piotra”.

Dla ucha (i ducha)

O towarzyszących koncertach Sulisz myślał od początku istnienia Europejskiego Festiwalu Smaku. Już podczas III edycji sprowadził do Lublina Gorana Bregovica i jego Orkiestrę, potem przyjechała węgierska Omega, znana z superprzeboju z roku 1969 Gyöngyhajú lány czyli Dziewczyna o perłowych włosach. Sukces był nadspodziewany – na terenach należących do Browaru Perła pojawiło się 20 tysięcy osób!

Dwa lata temu Lublin odwiedziła Katie Melua (- Czemu ona? Bo jest Gruzinką, a ja kocham Gruzję!). Występowała już na nowym stadionie Arena, który mieści 15 tysięcy ludzi, sprzedało się 12,5 tysiąca biletów.

Kto w tym roku? – Choć dotacje są mniejsze, nie obniżamy standardów – mówi Sulisz. – Przyjeżdża Lao Che z promocją płyty Wiedza o społeczeństwie (tej z utworem Kapitan Polska). Będzie raper Tadek, zapraszam też Katy Carr z Londynu, brytyjską piosenkarkę polskiego pochodzenia, będzie śpiewać m.in. Dziś do ciebie przyjść nie mogę. Na zakończenie festiwalu, w niedzielę, wystąpi ukraiński zespół Haydamaky – wraz z Andrzejem Stasiukiem zaśpiewają utwory Mickiewicza.

www.europejskifestiwalsmaku.pl

fot. materiały prasowe Europejskiego Festiwalu Smaku