Za niecały miesiąc, 5-7 marca, w Paryżu odbywać się będzie kolejne spotkanie Omnivore. To pierwszy w tym roku event, w następnych miesiącach festiwal dla szefów odwiedzi kolejne kontynenty.

Omnivore różni się od pozostałych szefowskich sympozjów. – To festiwal młodej kuchni. Organizatorzy stawiają na kompletny luz. To ich główna zasada. Na Omnivore zaczynali najlepsi młodzi szefowie, np. René Redzepi – tłumaczy Krzysztof Rabek, który na paryskim Omnivore był kilka lat temu.

Nie znaczy to, że na scenie nie pojawiają się tuzy gastronomii, tacy jak Pierre Gagnaire czy Andoni Aduriz, ale zawsze myślą przewodnią tego spotkania jest nowoczesne, młodzieńcze, awangardowe podejście do gotowania. Tu przełamuje się granice i konwenanse, tu dopuszcza się do głosu młodych gniewnych.

Ojcem Omnivore jest Luc Dubanchet, krytyk kulinarny. Festiwal stworzył po to, by potrząsnąć skostniałą sceną kulinarną. Wierzył, że francuską gastronomię czeka prawdziwa rewolucja. Idealnie wpisał się tym w faktycznie nadchodzący trend bistronomii i neo bistro. Dubanchet od 1999 był redaktorem przewodnika Gault & Millau. Po pięciu latach zrezygnował, by założyć miesięcznik dla szefów kuchni „Omnivore”, w którym skupiał się na nieznanych jeszcze, ale kreatywnych postaciach, takich jak Pascal Barbot czy Alexandre Gauthier. Wkrótce powstał przewodnik restauracyjny „Le Carnet de Route Omnivore”, a w 2006 roku Luc ruszył z festiwalem – pierwsze edycje odbywały się w Le Havre w Normandii. Event szybko zaczął „podróżować”, pojawiając się m.in. w Paryżu, Londynie, Nowym Jorku, Moskwie, Szanghaju, Stambule czy Montrealu.

Na liście zaproszonych szefów zawsze znajdują się nazwiska paryskich kucharzy, ekspertów i zagranicznych gości. – Festiwal jest podzielony na parę stref, w tym roku doszło też cukiernictwo. W 90% są to pokazy gotowania połączone z opowiadaniem. Wszystko dzieje się w tym samym czasie, więc można się swobodnie przemieszczać pomiędzy strefami. Każdego dnia organizowane są kolacje w restauracjach z wybranymi szefami. Na koniec odbywa się wielka impreza i wspólna kolacja przygotowywana przez wszystkich kucharzy. Ja byłem na jednej z „Fucking Dinners”. Gotowali chłopacy z Kadeau i David Toutain. Super kolaboracja – opowiada Rabek.

W tym roku kolacje w ramach cyklów „Fucking Dinners” i „Pop-up Dinners” wydadzą m.in. Atsushi Tanaka (Restaurant A.T, Paryż)) i Arnaud Laverdin (La Bijouterie, Lyon), Daniel Burns (Luksus, Nowy Jork), David Toutain (Restaurant David Toutain, Paryż) i John Shields (Smyth i The Loyalist, Chicago).

Bilety kosztują 39 euro (na jeden dzień) lub 99 euro (na trzy). Impreza kończąca – 39 euro; kolacje – 85-110 euro.

www.omnivore.com

fot. materiały prasowe