Chris Tonnesen

Mieszka i pracuje w Kopenhadze, choć zlecenia przychodzą z różnych stron świata. Poza Danią fotografował szefów i restauracje na Łotwie, w Norwegii czy Tajlandii. Fotografii kulinarnej uczył się w studiu Line Klein, co widać trochę w jego zdjęciach, choć Tonnensen wypracował swók własny charakterystyczny styl. Jego obrazy są ascetyczne, ale soczyste, to kwintesencja skandynawskiej estetyki. Fotografuje przy naturalnym świetle. – Sprawia, że jedzenie wygląda autentycznie – mówi. Może dlatego uwieczniane przez niego dania są tak „wciągające”, wręcz taktylne. Jednocześnie Chris nie przestaje poszukiwać: – Mam coraz większą zajawkę na używanie lampy błyskowej, kreatywną zabawę światłem. Zainspirowała mnie współpraca z Vanessą Rees z Nowego Jorku.
Co jego zdaniem jest najtrudniejsze w fotografii kulinarnej? – Sztuka rzucania serwetki! To taki żart w środowisku, bo naprawdę ciężko jest osiągnąć efekt, jakby ktoś bez wysiłku zostawił ją na stole. To zresztą przekłada się na całą kompozycję: grunt to sprawić, by nie wyglądała sztucznie.

Pierwsze zdjęcie, na którym zarobił, powstało sześć lat temu, Chris towarzyszył wówczas ekipie Rødder, jednej z pierwszych kopenhaskich pop-upowych knajp. Od tej pory zaglądał z aparatem do Nordic Food Labu, słynnej owsiankowni Grød (zrobił dla nich książkę), fine diningowej restauracji Koks na Wyspach Owczych. Zresztą jedzenie restauracyjne to jego specjalność. – Intrygują mnie te wszystkie produkty, które kucharze znajdują w naturze i przenoszą na kuchenny grunt. Takie jedzenie jest skrzyżowaniem sztuki z rzemiosłem. Niezależnie jednak od tego, czy fotografuję to, czy codzienne potrawy – lubię uwieczniać „szczere” jedzenie, związane bezpośrednio z terroir. Uwielbiam energię, którą szefowie wnoszą do kuchni, uwielbiam spotykać się i gadać z pasjonatami – mówi. Jedną z przyjemniejszych (i najbardziej szalonych) sesji Chrisa była ta z robiona jeszcze z Line dla magazynu „Food & Wine”. – Robiliśmy reportaż o szefie Timie Mälzerze, artyście Stefanie Strumbelu i dziedzictwie Szwarcwaldu. Jedliśmy podroby i móżdżek na tyłach sklepu rzeźnickiego. W michelinowskiej restauracji próbowaliśmy deseru ze złotem i świetnego wina z 1986 roku (starszego ode mnie). Jeździliśmy po okolicy z butelką szampana w mercedesie z siedzeniami samolotowymi. To była szalona wyprawa. I oczywiście zrobiliśmy foty! – wspomina Chris i dodaje, że marzy mu się, by zrobić zdjęcia Jiro Ono. Niewykluczone, że uda mu się to prędzej czy później, bo kariera Tonnensena nabiera rozpędu. Publikował w wielu duńskich czasopismach, dziś głównie skupia się na książkach kucharskich. – Teraz pracuję nad wielkim i tajemniczym projektem dla wydawnictwa Phaidon – mówi lakonicznie. Trzymamy kciuki i rękę na pulsie!

www.christonnesen.com